Są takie wyjazdy, które zostają w głowie na długo. I są takie, które zostają też w nogach, rękach… i na zdjęciach w telefonie, do których wraca się z uśmiechem. Nasz pobyt w Maroku zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Głównym i pierwszym punktem pobytu był Maraton w Marrakeszu – wydarzenie, które połączyło sportowe emocje, międzynarodową energię
i odrobinę pustynnego słońca. Do Marrakeszu przylecieliśmy w sobotę. Przywitał nas dość kapryśną słoneczno-deszczową pogodą, a trzeba pamiętać, że w Maroku teraz właśnie trwa zima (nieco cieplejsza niż w Polsce). Od razu po rozpakowaniu się wybraliśmy się po odbiór pakietów startowych dla naszych niezwykłych maratonowych zawodniczek: Karoliny, Kasi i Agaty. Już wtedy, mimo braku czasu i padającego co chwilę deszczu Marrakesz nas zauroczył, dlatego nasz apetyt na zwiedzanie był coraz większy. Ale po kolei.
W niedzielę, w momencie gdy niektórzy z Was jeszcze odwracali się na drugi bok w swoim łóżku, nasza reprezentacja wystartowała w International Marathon of Marrakech. Było jeszcze ciemno a do tego zimno, gdy dziewczyny rozpoczęły zmagania z maratońską trasą. I nie była to zwykła trasa – choć dystans taki sam jak na wszystkich maratonach czyli tylko 42 kilometry z małym haczykiem. Jednak było inaczej niż dotychczas: palmy zamiast drzew w parku, drzewa mandarynek obsypane owocami wzdłuż prawie całej trasy, piękne i ośnieżone góry Atlas w tle, a w punktach żywieniowych, oprócz standardowo bananów, były również dostępne mandarynki i daktyle. Ale nie był to czas na podziwianie widoków a na rywalizację i wysiłek. Dziewczyny, na szczęście, miały też wsparcie wolontariuszy, którzy spisali się na medal (a nawet nie jeden), wspierając dziewczyny na trasie – motywując, dopingując i pilnując, żeby nikt nie zboczył w stronę straganów z przyprawami. Atmosfera była niesamowita: lokalni mieszkańcy, muzyka, okrzyki i uśmiechy sprawiały, że zmęczenie schodziło na dalszy plan… przynajmniej na chwilę. Na mecie były emocje, były łzy wzruszenia, była duma. Kasia, Agata i Karolina zdobyły piękne medale, które błyszczały niemal tak samo jak marokańskie słoneczko. I choć ten maraton był sporym wyzwaniem, to jednak przypomniał nam wszystkim, że sport ma ogromną moc – łączenia ludzi, przełamywania barier i udowadniania, że „niemożliwe” nie istnieje. Ale Maroko to nie tylko maraton.
Po sportowych zmaganiach przyszedł czas na Maroko w wersji turystycznej – a tu atrakcji nie brakowało. Odwiedziliśmy legendarne Ajt Bin Haddou, gdzie co drugi mur wyglądał jak gotowa scenografia filmowa. Nic dziwnego, ten przykład marokańskiej architektury glinianej, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, „udawał” często w filmach Bliski Wschód, Syrię, Afganistan czy Palestynę. Powstawały tu m.in.: Gra o Tron, Asterix i Obelix, Gladiator, Klejnot Nilu i Lawrence z Arabii. Spacer po glinianym ksarze był jak podróż w czasie, a jedynym naszym problemem było to, że nie można było się zdecydować co najpierw podziwiać: widoki, architekturę, czy przepiękne rękodzieło w maleńkich sklepikach.
A skoro o filmach mowa – odwiedziliśmy również zlokalizowane niedaleko Ajt Bin Haddou, Studio Atlas, które zrobiło na nas ogromne wrażenie. Dekoracje, które znamy z wielkiego ekranu, nagle były się na wyciągnięcie ręki. To właśnie tam powstały sceny do filmów Gladiator, Gra o Tron, Książę Persji, Kundun, Królestwo Niebieskie czy też bardzo lubiany w Polsce Asterix i Obelix: Misja Kleopatra. Przez chwilę wszyscy po trosze czuliśmy się jak dzieci na placu zabaw, a po trosze jak statyści w hollywoodzkiej produkcji… choć bez charakteryzacji i budżetu. No i wszyscy zagraliśmy w krótkim filmie, w którym główną rolę – Kleopatry odegrała Karolina, i była w tym świetna. 😊
W naszych turystycznych planach nie mogło zabraknąć Marrakeszu, tym bardziej, że do największych atrakcji mieliśmy całkiem blisko z naszego riadu. Pokazał nam się w pełnej krasie: tętniącej życiem medyny, kolorowych souków, hammamu, zapachu przypraw i miętowej herbaty. Było targowanie się (z różnym skutkiem), było gubienie się w uliczkach, było zachwycanie się wszystkim i wszędzie, było próbowanie nowych smaków (gotowane ślimaczki). W efekcie zgodnie stwierdziliśmy, że to miasto absolutnie nie pozwala się nudzić i już jest takie „nasze”.
Byliśmy również w berberyjskim namiocie na pustyni, gdzie spróbowaliśmy regionalnej kuchni podczas biesiady, wysłuchaliśmy muzyki i śpiewu, charakterystycznych dla tego regionu. Zachód słońca, cisza, gwiazdy nad głową i marokańskie smaki – klimat tak niezwykły, że nawet największe zmęczenie ustąpiło miejsca zachwytowi. A na koniec pokaz tańca z ogniem. Nie powiem, było gorąco 😉.
Zupełnie inny klimat czekał na nas w Essaouirze – nadmorskim, spokojnym mieście z artystyczną duszą. Szum oceanu, mewy, port i wąskie uliczki sprawiły, że tempo automatycznie zwolniło. Idealne miejsce na oddech i chwilę refleksji. Było ciekawie i zupełnie inaczej niż w Marrakeszu, spokojniej, i bardziej leniwie. Niektórzy z nas spróbowali ostryg, inni opuncji, a jeszcze innym mewa narobiła na głowę 😉.
Na koniec odwiedziliśmy dolinę rzeki Ourika, gdzie w otoczeniu gór, nad samą rzeką zjedliśmy przepyszny obiad. Rwąca rzeka Ourika, góry i gorący tajine były pięknym zwieńczeniem całej naszej wyprawy.
Wróciliśmy już do mroźnej Polski, jednak bogatsi o wspomnienia, nowe doświadczenia i kolejną historię, którą będziemy opowiadać jeszcze długo. Dziękujemy zawodniczkom, wolontariuszom i wszystkim, którzy byli częścią tej marokańskiej przygody – na miejscu i na odległość.
Maroko – dziękujemy.
Medale już mają swoje honorowe miejsce, a my… zaczynamy tęsknić.